niedziela, 14 lutego 2016

Wielka miłość? A co to takiego...?

Kiedy byłam w podstawówce bardzo cieszyłam się na myśl o gimnazjum. Że będę już taka dorosła, poważna, że na pewno znajdę chłopaka, który okaże się miłością mojego życia. Podobnie było z liceum, ale i tam spotkało mnie bolesne rozczarowanie. Co prawda wydoroślałam, bardzo się zmieniłam, ale miłości... nie znalazłam. Oglądanie miłosnych podbojów moich koleżanek było dość bolesne. Nie rozumiałam jak potrafiły owinąć sobie faceta dookoła palca. Ja niestety od zawsze byłam chorobliwie nieśmiała (tak, tak i to do tego stopnia, że bałam się chodzić do sklepu, bo wstydziłam się odezwać i poprosić o dany produkt), oglądałam dużo komedii romantycznych z moją przyjaciółką i czytałam piękne, miłosne historię. Czasami mam wrażenie, że to przez nie rzeczywisty obraz miłości i związku w moim wypadku jest jakoś dziwnie przeobrażony. Na filmach wciąż widzimy jeden, paskudnie idealny schemat. Zakochani, jakiś duży problem, rozwiązanie go i wielki, niesamowicie słodki happy end! W książkach, która czytałam wyglądało to mniej więcej tak samo. Faceci w nich byli idealni. Nie dość że przystojni, to jeszcze niezwykle się starali, by zdobyć serce wybranki. Gotowi byli do wielkich poświęceń, wielu wyrzeczeń, no i generalnie zrobili by wszystko, naprawdę wszystko, byle tylko być z ukochaną. Tak, coś pięknego... A teraz brutalna rzeczywistość.
   Los na mojej drodze jeszcze nigdy nie postawił wielkiej miłości. Nie oznacza to jednak, że nie miałam z nią styczności. Wiele razy byłam zauroczona. Wiele razy myślałam, że będzie z tego coś więcej, ale niestety tak się nie działo. Sama nie wiem, czego tak naprawdę oczekuję. Mam wrażenie, że moim marzeniem jest właśnie jedna z tych scen z romansideł. Przypadkowe spotkanie, z przypadkowym człowiekiem, które zmienia nasze życia na zawsze. Ja - zagubiona, nieśmiała dziewczyna, która o życiu wie jeszcze niewiele. On - facet rodem z lat pięćdziesiątych. Taki, który się stara, powoli zdobywa, nie pospiesza, a jego uczucia są szczere. No i rodzi się miłość tak bardzo perfekcyjna, że widzowie z sali kinowej wychodzą na papierosa, gdyż nie są już w stanie znieść idealności tej historii.
   Myślę, że wiele dziewcząt właśnie w taki sposób wyobraża sobie tą jedna, jedyną, wspaniałą i wielką miłość. Konfrontacja z rzeczywistością, która nas otacza i rozczarowanie, które za sobą niesie jest niestety bardzo brutalne. Złamane serce boli. Cholernie boli. I nie da się go posklejać nawet najmocniejszym klejem świata. Jest milionem kawałków, które wbijają się w duszę i dają o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Człowiek wtedy myśli, że już z niczym nie da sobie rady. Najprostsze dzienne czynności stanowią wielki problem, bo w głowie wciąż mamy to wielkie rozczarowanie i myśl, że już nigdy nie będzie dobrze. W końcu jednak wychodzi słońce, które rzuca swoje promyki na naszą twarz. Jest lepiej, wciąż nie idealnie, ale po prostu lepiej. Wstajemy na nogi, otrzepujemy ręce i idziemy dalej przez życie. Z nadszarpniętym zaufaniem poznajemy kolejnych ludzi. Niektórzy są w naszym życiu tylko na chwilę, inni chcą pozostać w nim dłużej. No a później rozgrywa się ponowna walka z losem. Walka o której my sami nie mamy pojęcia, a jej rozstrzygnięciem jest albo nasze szczęście, albo po raz kolejny złamane serce.
   W ostatnim okresie uświadomiłam sobie, że niczego nie przyspieszę, choćbym nie wiem jak bardzo chciała. Nie znajdę sobie na siłę chłopaka - w każdym bądź razie nie takiego o jakim marzę. Myślę, że kluczem do sukcesu jest po prostu cierpliwe czekanie, nie szukanie na siłę. Gdzieś tam -  bliżej, lub dalej jest ktoś, kto tak samo czeka na mnie. Przynajmniej taką mam nadzieję. I jeżeli oboje będziemy mieć tyle szczęścia w życiu, to los z całą pewnością pewnego dnia skrzyżuje nasze drogi.


-PN





sobota, 6 lutego 2016

Dobroć serca, czy brak asertywności?

   Kiedyś znalazłam taki obrazek z opisem "Szefowa wysłała mnie na kurs asertywności. W sumie nie za bardzo chce na niego iść, ale jakoś nie potrafiłam jej odmówić". Wiadomo, w internecie było to całkiem zabawne, ale jak zaczęłam się nad nim głębiej zastanawiać to zrozumiałam, że jest on o mnie. Nie chce, żebyście zrozumieli mnie źle. Bardzo daleko mi do opowiadania o swojej własnej idealności i wychwalaniu się ponad wszystko i wszystkich, Mimo to doszłam do jednego, bardzo ważnego wniosku. Dla wielu osób jestem po prostu za dobra!
   Nie do końca wiem jak to funkcjonuje, ale jak to jest, że na mnie można liczyć zawsze, ale w drugą stronę to już tak nie działa? Garstka wybranych osób jest ze mną zawsze i tym osobom jestem za to niesamowicie wdzięczna. Tylko jest tych osób garstka. Z kolei ja od zawsze byłam i wciąż jestem dla całej rzeszy. I wcale mi to nie przeszkadzało, do czasu, aż nie zaczęło mnie to przytłaczać. Zazwyczaj raczej cieszyłam się z tego, że jestem uważana za osobę, której można w pełni zaufać. A i doradzić umiałam w prawie każdej kwestii. Czasami samą siebie potrafiłam zaskoczyć głębokością słów, które padały z moich ust tym bardziej, że wszyscy naprawdę brali je sobie do serca i byli za nie zazwyczaj wdzięczni. Problem pojawił się wtedy, gdy w moim życiu pojawiło się wiele zawirowań, problemów, z którymi nie umiałam sobie poradzić. Do tego zwalane na mnie problemy znajomych ani trochę nie poprawiały sytuacji i dobijały mnie jeszcze bardziej. Mimo wszystko zawsze siedziałam cicho, nie narzekałam, uśmiechałam się w odpowiednich momentach i dalej niczym pani psycholog udzielająca darmowych porad naprawiałam życia innych pomijając swoje własne. Pojawiające się prośby, przysługi nigdy nie spotykały się u mnie z odmową. Jak tylko mogłam i na ile mnie było stać robiłam wszystko, żeby życie innych grało w 100%.
   Dosyć dawna, ale przykra sytuacja sprowadziła mnie nieco na ziemię. Przez dosyć bliską osobę zostałam oskarżona o pewną przyjacielską beznadziejność, bo jak to jest, że nie zauważyłam, że w życiu tej osoby coś nie gra? Baaa, że życie tej osoby pali się i wali? Oczywiście po pewnym czasie cała sytuacja poszła w zapomnienie i okazała się sporą ilością ściemy doprawioną szczyptą dramaturgii. Jak mam być szczera, to w sumie do dzisiaj nie do końca wiem, o co tak naprawdę chodziło. Czyżby gorszy dzień? Całkiem możliwe. W każdym razie w tamtym właśnie momencie uświadomiłam sobie kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze - że jestem za dobra. Po drugie, że nie mogę być zawsze na jedno skinienie palcem pewnych osób, bo najzwyczajniej w świecie na to nie zasługują. Nie warto poświęcać się tak bardzo dla kogoś, kto nie umie tego nawet docenić. Po trzecie i chyba najważniejsze. Warto nauczyć się mówić zwykłe i proste NIE!
Nie, nie rzucę teraz wszystkiego, tylko dlatego bo tak chcesz!
Nie, nie pożyczę Ci kolejnych 40zł skoro to moje ostatnie pieniądze. Ten przykład może być dla kogoś oczywistą oczywistością, jednak ze mną tak nie było. Wierzcie lub nie, ale bywało tak, że było mi głupio pytać mojego dłużnika o to, czy może oddać mi te pieniądze, w efekcie czego nigdy ich nie odzyskiwałam. Totalny absurd? Oczywiście, że TAK! 
   Mimo, że uświadomiłam sobie już tyle rzeczy, to wciąż zdarzają się momenty, w których ulegam innym i robię coś wbrew sobie. Cały czas uczę się mówić "nie" w sytuacjach, które tego wymagają. Jest to nauka niezwykle długa i mozolna. Niektórzy śmieją się, że moja asertywność jest na razie na etapie raczkowania, a jej braki objawiają się nawet w zwykłych, codziennych sytuacjach. Ważny jest jednak fakt, że próbuję i staram się jak mogę. Mimo wszystko jestem pewna, że wciąż będę dobrą ciocią, która zna złote rady na wszystko. Nie uważam, żeby było to coś złego. Nie dam sobie już jednak wejść na głowę i nie doprowadzę do sytuacji w których problemy wszystkich są ważniejsze od moich własnych. Nie dam sobie też wmówić, że coś muszę, a czegoś nie mogę, tylko dlatego, że tak komuś obecnie jest wygodnie i na rękę. Mam swój rozum, swoje życie i swoje własne zdanie. Będę robić to, co uważam za słuszne, a mojej dobroci już nigdy nikt nie wykorzysta!

-PN












środa, 3 lutego 2016

O niesprawiedliwości życia i o własnych wahaniach.

   Czasami życie w bardzo perfidny sposób rzuca nam kłody pod nogi. Jest to pewnego rodzaju próba. Próba naszego charakteru, naszego serca. Ile razy powiedziałaś sobie, że nie dasz rady czegoś zrobić? O czymś zapomnieć? Ile razy pogrążona w smutku dopijałeś kolejnego drinka i po raz kolejny myślałaś o całym tym gównie, które Cię otacza? Myślałaś o osobach, o których już dawno powinnaś zapomnieć, ba, których nigdy nie powinnaś nawet obdarzyć "tym" uczuciem, pokochać, zaufać. Gdyby to tylko było takie łatwe, prawda?
   Ciężko wyrzucić z pamięci osoby, które kiedyś zajmowały to szczególne miejsce w naszym sercu. Czasami nawet krótka znajomość jest w stanie rozbudzić w nas emocje, o których istnieniu nawet nie mieliśmy pojęcia. Wystarczy chwila, by poczuć się wyjątkowo, niesamowicie. Chwila wystarczy też by to wszystko zrujnować. Co więcej, w niewyjaśniony sposób ta druga chwila trwa o wiele krócej. A potrafi zabrać ze sobą tak wiele.
   Ale to właśnie w takich momentach jesteśmy w stanie uświadomić sobie, jak wiele tak naprawdę możemy znieść. Jak silni jesteśmy. I mimo, że pozbieranie się do kupy nie jest łatwe i zajmuje o wiele więcej czasu niż "chwila", to niezwykle nas wzmacnia. Człowiek jest bowiem niesamowicie dziwnym stworzeniem. Jest w stanie udźwignąć o wiele więcej niż myśli. Spotkałam się kiedyś z powiedzeniem, że Bóg nigdy na naszej drodze nie stawia więcej, niż jesteśmy w stanie znieść. Nigdy nie wierzyłam temu stwierdzeniu. Sądziłam, że niesamowicie niesprawiedliwy jest fakt, że niektórzy ciągle mają pod górkę, podczas gdy inni swobodnie biegną do celu nie potykając się prawie nigdy. I wiecie co... Wciąż tak uważam.
   Zawsze zaliczałam samą siebie do tego pierwszego grona. Wciąż sądzę, że się w nim znajduję. Wiecznie pod górkę, cięgle coś mi nie wychodzi, nie jestem pewna swoich decyzji. Wszyscy dookoła zawsze mieli jakieś cele, ambicje, coś w czym są dobrzy. Ja mimo, iż próbowałam wielu rzeczy - sport, muzyka, rysunek w niczym nie czułam się dobrze. Żadna moja przygoda nie zakończyła się spektakularnym sukcesem, jak w przypadku niektórych koleżanek czy kolegów. Teraz, w tym momencie mojego życia, mając prawie 20 lat znajduje się na kolejnym rozdrożu. Tyle wątpliwości dotyczących studiów, pracy i przyszłego życia. I po raz kolejny oglądam się na innych, a to co widzę wcale nie jest czymś, co tak naprawdę chciałam zobaczyć. Widzę osoby podobne do mnie. Zagubione i niepewne swej przyszłości. Ale widzę też mnóstwo takich, którzy pchani niewidoczną siła pną się do góry, realizują kolejne swoje cele, odnoszą sukcesy. W tym właśnie momencie moje serce pęka na pół. I to o dziwo nie za sprawą kolejnego, beznadziejnego faceta. I czuję to nieznośne, paskudne ukłucie, gdzieś w głębi mojej duszy. Tak, to ukłucie zazdrości, gdyż chciałabym być po prostu jedną z tych osób, która wie, co ma ze sobą zrobić... Życie jest niesprawiedliwe. 

-PN






   

wtorek, 2 lutego 2016

Pozytywno - negatywna, czyli cała prawda o mnie!

   Wiele osób będzie się zastanawiać jak można być pozytywnym i negatywnym w tym samym czasie. Odpowiedź jest jednak bardzo prosta. Jestem kobietą! Ot co, cała filozofia. Moje nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie, a za humorami nie nadąży nawet sam Usain Bolt. W jednej chwili pogodna i radosna, w kolejnej zła i niezadowolona z siebie, życia i całego świata. Jestem pewna, że poznacie niejedno moje oblicze. Jedno pokochacie, kolejne znienawidzicie, ależ cóż zrobić prawda ? Przecież nie jestem idealna :)
   Pisać chciałam od dawna, jednak nie do końca wiedziałam jak się za to zabrać. Mnóstwo zawirowań w ostatnich miesiącach mojego życia uświadomiły mi jednak, że dopóki nie usiądę i pisać nie zacznę to nic z tego nie będzie. Nic się przecież samo nie zrobi, a myśl o kolejnym niespełnionym marzeniu przeszywa mnie na wskroś. Wystarczająco dużo rzeczy skopałam w swoim życiu. Zbyt wiele razy się wahałam i nie podejmowałam prób, które los stawiał na mojej drodze.
   Jestem osobą, która nigdy nie wierzyła w siebie i we własne możliwości. Pisząc tego posta, właśnie w tym momencie nachodzą mnie wątpliwości, czy aby decyzja o założeniu bloga jest słuszna. Czy warto? Czy ktoś to wgl przeczyta? Czy nie zaleje mnie fala krytyki? Część mnie trzęsie się ze strachu, co jest absolutną głupotą. Przecież jestem anonimowa. Nikt mnie nie zna, więc nikt też nie wyśmieje mnie prosto w twarz. Na całe szczęście jest też ta bardziej zdeterminowana część mnie. Właśnie ta pozytywna! Ona podpowiada mi, że powinnam spróbować. Chwycić byka za rogi i podjąć ryzyko. Tak też zrobię. Czas wyjść ze swojego bezpiecznego kokonu i pokazać światu co mam do zaoferowania.
   A o czym będę pisać? O wszystkim i o niczym. O tym, co dzieje się u mnie i o swoich spostrzeżeniach dotyczących życia. Jak wyjdzie? Przekonamy się w trakcie. Mam tylko nadzieje, że mój zapał nie zgaśnie jak świeca na wietrze.

-PN